KATEGORIE

Ryzyka polskiego rynku ubezpieczeń

Autor: Romuald Holly
Czas i miejsce publikacji: Zeszyty Naukowe Nr 18, (red) WSUiB -LAM, Warszawa 2000, s. 53.


Prolegomena

Ryzyko nieuniknienie towarzyszy każdemu istnieniu. Istnienie bowiem nie jest możliwe inaczej, jak poprzez ciągłą zmianę. Innymi słowy, stan, w jakim cokolwiek istnieje, ustawicznie się zmienia. Zmiana dotyczy statusu, posiadanych atrybutów, sposobu istnienia czy wręcz samej tożsamości przedmiotu, rzeczy, osoby, pewnego stanu rzeczywistości - wszystkiego co się da pomyśleć i w jakiś sposób wyodrębnić. Zmianę, w wyniku której mamy do czynienia z nową jakością przedmiotu, rzeczy, osoby, stanu rzeczywistości, nazywać będziemy zdarzeniem. Zdarzenia następują w efekcie zachodzących procesów, określonych bodźców zewnętrznych lub wewnętrznych, czynników stymulujących z różną intensywnością i w różnych przedziałach czasowych.

Zdarzenie, jako określony wynik zmiany, zawsze podlega ewaluacji i - zależnie od przyjętych założeń oraz kryteriów ocen - uznawane jest za pożądane lub niepożądane. To samo zdarzenie może być zatem uznane w tym samym stopniu za pożądane co niepożądane. Procesy, bodźce zewnętrzne/wewnętrzne, czynniki stymulujące, okoliczności, w wyniku których następuje zdarzenie niepożądane, nazywamy niebezpieczeństwami (ang: perils). Pojawienie się niebezpieczeństw tworzy stan zagrożenia (ang. hazard). Wystąpienie jakiegoś niebezpieczeństwa w ponadstandardowej intensywności /skali/ stopniu lub skumulowanie się różnych niebezpieczeństw w tym samym czasie, bądź też trwanie określonego niebezpieczeństwa w czasie dostatecznie długim sprawia, że zagrożenie przekracza stan krytyczny i zdarzenie realizuje się - zachodzi zmiana.
Zdarzenia, które powstają w następstwie praw natury (rdzewienie metalu, starzenie się i w efekcie zmiana statusu istnienia osoby z żyjącej na nieżyjącą), będziemy określali mianem obligatoryjnych, zaś zdarzenia, które są skutkiem niebezpieczeństw o charakterze losowym - zdarzeniami losowymi. Zdarzenia, których wynikiem są zmiany szczególnych rozmiarów lub o szczególnym charakterze, nazywamy katastroficznymi. Przyjmujemy więc, że ryzyko to prawdopodobieństwo zrealizowania się niepożądanego zdarzenia, które spowodować może, aczkolwiek nie musi, jakąś szkodę lub stratę będącą udziałem tego, kogo zdarzenie to dotyczy. Zależnie od charakteru zdarzenia, ryzyko będziemy określali jako obligatoryjne lub losowe; podobnie też - ryzyko katastroficzne.

Przedstawiona tutaj interpretacja pojęcia i terminu ryzyka ściśle uzależnia je od traktowania zdarzeń jako pożądanych lub niepożądanych.
Analiza ryzyk rynku ubezpieczeniowego dotyczy bowiem tej sfery ludzkiej aktywności, która świadomie zorientowana jest na realizację określonych celów. Aczkolwiek świadomość tych celów bywa ogromnie ułomna - ich rozumienie jest nierzadko bardzo niepełne, powierzchowne, ignorujące ich faktyczne uwarunkowania, zaciemnione wiarą w magiczną moc sprawczą ideologicznych dogmatów lub nawet koniunkturalnych, politycznych haseł. Niemniej cele te - niezależnie od stopnia ich jednoznaczności oraz sposobu i poziomu ich rozumienia i artykułowania - zawsze wskazują na określony stan przyszłej rzeczywistości, której dotyczą; zawsze też opisują ją w kategoriach stanu pożądanego.

Z tych względów, tradycyjne pojmowanie ryzyka jako niepewności co do zdarzenia się szkody (R.M. Crowe, R.C. Horn, 1967) jest tutaj mało przydatne, podobnie zresztą jak inne, "nie klasyczne", definicje ryzyka jako (1) możliwość wystąpienia szkody, czy (2) zmienności wyników / rezultatów, jakie mogą wystąpić w danej sytuacji (G.L. Head, 1967). Mało użyteczne dla naszej analizy będą też podziały ryzyk na obiektywne i subiektywne, czy też na statyczne i dynamiczne (A. H. Willet, 1951, pp. 14-24), jak też inne, tym podobne.

Stosunkowo najbliższe proponowanej tutaj interpretacji ryzyka jest jego rozumienie jako prawdopodobieństwa (1) przeciwstawnych odchyleń (deviation) od wyniku / rezultatu (outcome) pożądanego, którego się spodziewamy lub mamy nadzieję, że wystąpi, względnie, (2) że odczuwający podmiot może być narażony na szkodę (G.L. Head, tamże).
Prognozowana interpretacja nawiązuje także do podziału ryzyk na czyste - gdy zachodzi jedynie prawdopodobieństwo: wystąpienia szkody lub braku szkody oraz na spekulatywne - gdy mamy do czynienia albo z korzyścią albo ze szkodą (A.H. Howbray, i in., 1969, pp. 6-8).

Założenia

W świetle przedstawionych pojęć i przyjętych określeń terminologicznych, próba zdefiniowania ryzyk polskiego rynku ubezpieczeniowego oraz zidentyfikowania właściwych mu niebezpieczeństw i zagrożeń, winna rozpoczynać się od ustalenia, jaki stan owego rynku należy uznać za pożądany a jaki za niepożądany.
Definiując pożądany stan rynku ubezpieczeniowego (a tym samym ze znakiem "minus", stan niepożądany), musimy pamiętać, że zawsze będzie to wizja "subiektywna" lub wręcz arbitralna, bowiem wynikająca z przyjętych przez oceniającego założeń i kryteriów ocen. Zatem ten sam stan rynku z jednego punktu widzenia będzie pożądany, a z innego - niepożądany. Stąd też, mimo stosunkowo powszechnej zgody w sprawie parametrów jakie charakteryzują współczesny polski rynek ubezpieczeniowy, i to zarówno ilościowych jak też większości jakościowych (na ogół wynikają one bowiem z powszechnie stosowanych kryteriów ocen ratingowych), opinie co do stanu polskiego rynku ubezpieczeniowego, jaki owe parametry opisują, pozostają zasadniczo rozbieżne: od apoteozy, względnie usprawiedliwiania obecnego stanu jako naturalnego etapu rozwoju, aż po totalne deprecjonowanie uzasadniane symptomami degradacji lub wręcz zapaści.
Czy nie istnieją więc niezależne kryteria pozwalające na w miarę obiektywną ocenę stanu w jakim aktualnie znajduje się polski rynek ubezpieczeń oraz trendów jego rozwoju, czy też dalszej jego degradacji?
Próbę odpowiedzi na to fundamentalne pytanie poprzedźmy przywołaniem obrazu naszego rynku w postaci, jaką nadają mu te jego ilościowe i jakościowe parametry, przy pomocy których jest on najczęściej opisywany.
Obraz polskiego rynku ubezpieczeniowego, jaki naszkicują wymieniane tutaj jedynie hasłowo charakterystyki, które (różnie uzasadniane) niewątpliwie mogą być mu przypisywane, potraktujmy w kategoriach realnych niebezpieczeństw stwarzających stan określonego zagrożenia. Tym samym spróbujemy wskazać przyczyny niepożądanych zdarzeń i zmian.

Polski rynek ubezpieczeń - próba identyfikacji ryzyk

Polski rynek ubezpieczeń cieszy się nowoczesnym, aczkolwiek wciąż jeszcze dalece niedoskonałym ustawodawstwem. Dzięki temu, wewnętrzna struktura rynku wydaje się dostatecznie dojrzała i jednoznacznie zróżnicowana. Jest tak, ale, niestety, tylko formalnie, bowiem instytucje organizujące i nadzorujące rynek wciąż jeszcze pozostają ułomne a przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe, zanim zdołały się zorganizować i okrzepnąć, weszły w stan permanentnej transformacji - i dotyczy to zarówno zakładów ubezpieczeń jak i przedsiębiorstw tworzących infrastrukturę rynku, tj. firm brokerskich, (multi) agencyjnych, aktuarialnych, dyspaszerskich, orzecznictwa szkodowego i innych firm eksperckich, a także ubezpieczeniowych sądów arbitrażowych.
Co gorsza, portfel ryzyk ubezpieczeniowych polskiego rynku jest wybitnie niezrównoważony; choć bowiem proporcje między działem I - "osobowym" i działem II - "majątkowym" stopniowo korzystnie się zmieniają, to w dziale ubezpieczeń majątkowych nadal dominują ryzyka "samochodowe" - bezpośrednio stanowią one ok. 65% a łącznie z ryzykami komplementarnymi ok. 80% wszystkich ubezpieczanych ryzyk! Pod tym względem stan rynku od lat poprawia się jedynie nieznacznie, co wynika z innej jego ważnej cechy, którą należałoby określić mianem "płytkości".
Rynek "płytki" to taki, na którym liczba ryzyk do ubezpieczenia (ich podaż) pozostaje ograniczona, co sprawia, że powiększanie swego portfela przez jeden zakład ubezpieczeń dokonuje się nie poprzez pozyskiwanie nowych ryzyk do ubezpieczenia ale kosztem portfeli innych zakładów. W takiej sytuacji rynek ubezpieczeniowy staje się areną "gry o sumie zerowej", gdzie wygrana jednego jest równoznaczna z przegraną innego. Z jednej strony sprzyja to dumpingowi, który nie tylko niszczy słabsze kapitałowo zakłady, ale również rujnuje infrastrukturę rynku, głównie firmy brokerskie i agencyjne. Z drugiej zaś strony skutecznie dezintegruje środowisko ubezpieczeniowe: "mój konkurent to nie rywal - to mój wróg!" I to mimo ustawicznego przepływu tych samych osób pomiędzy kierownictwami różnych zakładów. Dalszą konsekwencją owego stanu rzeczy jest trudność tworzenia grup bankowo-ubezpieczeniowych, a nawet poolów asekuracyjnych i koasekuracyjnych oraz brak wspólnych badań rynku i wspólnych działań prorozwojowych. Zresztą w jakim kierunku, wedle jakiej koncepcji rozwoju, na rzecz czyich interesów? Skutkiem braku wizji rozwoju rynku oraz wspomnianej, organizacyjnej i środowiskowej dezintegracji, jest również brak własnego ubezpieczeniowego lobby, a także szczątkowy lub - jeśli kto woli - zalążkowy stan zawodowej solidarności ubezpieczeniowców oraz brak odrębnej, właściwej dla tego środowiska, etyki zawodowej.
Należy tutaj przypomnieć inne jeszcze, powszechnie wskazywane, istotne źródła zagrożeń rozwoju polskiego rynku ubezpieczeniowego. Są to przede wszystkim: relatywnie niski poziom dochodów ludności oraz niezadowalający stan tzw. świadomości ubezpieczeniowej polskiego społeczeństwa. W efekcie wciąż niezagospodarowane pozostają wielkie nisze rynkowe, takie jak ubezpieczenia zdrowotne, ubezpieczenia finansowe, czy niektóre dziedziny odpowiedzialności cywilnej.
Przedstawione tutaj skrótowo niektóre typowe charakterystyki możemy zarazem potraktować jako ilościowe i jakościowe parametry, za pomocą których polski rynek ubezpieczeń jest najczęściej opisywany. Są to miary stosunkowo najbardziej wiarygodne, powstały bowiem w praktyce badań ratingowych o ponad stuletniej już tradycji. Jeżeli odniesiemy je do podmiotów działających na polskim rynku ubezpieczeń, wskazują one na zagrożenia ze strony następujących ryzyk:

  • destabilizacji,
  • nierównowagi podaży i popytu, deregulacji,
  • pogłębiającego się braku dostatecznej pojemności,
  • chronicznego braku kapitałów i wynikającej stąd utraty niezależności /autonomii/
  • własnej tożsamości,a w efekcie całkowitej marginalizacji.

Jednoznaczna diagnoza obecnego stanu polskiego rynku ubezpieczeń nie jest możliwa bez jednoznacznych kryteriów ocen, na ile realizowanie się wymienionych ryzyk zmienia stan rynku w kierunku pożądanym czy niepożądanym. Brak takich kryteriów, a tym samym wyraźnej koncepcji i czytelnej strategii rozwoju polskiego rynku ubezpieczeniowego, ogranicza także możliwość identyfikowania ryzyk, nie pozwala na ich hierarchizowanie oraz podejmowanie działań zmierzających do ich kontrolowania: nie dopuszczania do realizowania się lub przynajmniej ograniczania ich skutków. Albowiem brak takich kryteriów oznacza zarazem brak wyraźnej koncepcji i czytelnej strategii rozwoju polskiego rynku ubezpieczeniowego. Najlepszym tego dowodem, a zarazem skutkiem, są kontrowersje wokół idei i praktyki prywatyzowania i dokapitalizowywania polskich zakładów ubezpieczeń.
Wiadomo zaś, że najwięcej niebezpieczeństw, tworzących najpoważniejsze zagrożenia dla polskiego rynku ubezpieczeniowego, wynika z jego ogromnych braków kapitałowych. Konstatacja ta nie budzi niczyich zastrzeżeń. Natomiast diametralnie już rozbieżne są opinie na temat wynikających stąd konsekwencji. Albowiem braki te prowadzą, być może, do całkowitego uzależnienia polskiego rynku od zagranicznych central decyzyjnych. A może stanowią wyjątkową szansę na szybkie dokapitalizowanie i korzystne dla polskiej gospodarki przyłączenie rynku ubezpieczeniowego do międzynarodowych struktur finansowych?
Tę niebagatelną kwestię uczyńmy kanwą dalszej analizy zmierzającej do odpowiedzi na pytanie, czy obecny stan polskiego rynku ubezpieczeniowego jest wynikiem jego postępującej degradacj, czy naturalnym etapem rozwoju? A jeżeli jest to rozwój, to czy na pewno przebiega właściwie, czy zmierza w pożądanym kierunku? Przez kogo pożądanym?
Odpowiadając na te pytania rozstrzygniemy tym samym, czy należy bronić autonomii, odrębności, tożsamości polskiego rynku ubezpieczeniowego, czy też jak najszybciej poddać go inkorporacji przez zagraniczne koncerny finansowe.
Wobec braku bezspornych kryteriów pozwalających nie tylko na hierarchizowanie niebezpieczeństw zagrażających polskiemu rynkowi ubezpieczeniowemu, ale wręcz na kwalifikowanie poszczególnych zdarzeń jako pożądane lub niepożądane, posłużmy się, niezawodną w takich sytuacjach, kartezjańską maksymą traktowania jako prawdziwe tego, co oczywiste i odwołajmy się do tych imponderabiliów, których zakwestionowanie przez kogokolwiek, wydaje się wprost nieprawdopodobne. Z tego punktu widzenia, za najważniejsze (w sensie: najbardziej zagrażające rynkowi) niebezpieczeństwa należy uznać te, które - jeżeli wystąpią w odpowiedniej skali lub skumulują się w czasie - uniemożliwią realizację podstawowego celu, jakim dla sektora ubezpieczeniowego jest stabilizowanie i stymulowanie wzrostu gospodarki narodowej. I to właśnie należy uznać za główne ryzyko jakie zagraża obecnie polskiemu rynkowi ubezpieczeniowemu.

Próba oceny stanu zagrożenia

Rozważmy zatem czy - i jeżeli tak, na ile, wyszczególnione już przez nas niebezpieczeństwa mają wpływ na urzeczywistnienie się tego ryzyka, tj. czy i na ile ograniczą (uniemożliwią?) one polskiemu rynkowi ubezpieczeniowemu wypełnianie jego podstawowej funkcji makroekonomicznej, jaką jest stabilizowanie i stymulowanie wzrostu gospodarki narodowej.
Jak już zostało powiedziane, postępujące ograniczanie autonomii, czy wręcz zanikanie tożsamości polskiego rynku ubezpieczeniowego, wynikające głównie z jego braków kapitałowych, może być potraktowane jako jedno z największych niebezpieczeństw uprawdopodabniających zrealizowanie się komentowanego tutaj ryzyka. Rozważmy zatem argumenty przemawiające zai przeciwko tej tezie.
To wspomniane braki kapitałowe oraz konieczność dostosowania polskiej gospodarki do zachodnich reguł wolnorynkowych sprawiły zapewne, że od wielu już lat, a z całą pewnością w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, słowa: "dokapitalizować" i "sprywatyzować" funkcjonują niczym najwyższe dogmatyczne imperatywy, których nie tylko nie wolno kwestionować, ale nie godzi się nawet dyskutować. Czy zresztą magiczne zaklęcia podlegają dyskusji? Wydaje się, że to właśnie te dwa hasła stanowiły główny motyw przewodni kształtowania polskiego rynku ubezpieczeniowego. A sposób funkcjonowania tych haseł ograniczał jakąkolwiek głębszą refleksję nad strategią jego rozwoju.
W tej atmosferze, wedle dwóch wspomnianych dyrektyw i sposobu ich rozumienia, podjęliśmy więc dokapitalizowywanie i prywatyzowanie polskiego rynku ubezpieczeniowego.
Do widocznych już efektów tych działań przykładać możemy różne miary. Tutaj posłużmy się wynikami przeprowadzonej przed pół rokiem w Instytucie Zarządzania Ryzykiem WSUiB analizy wpływu zagranicznego kapitału na standing finansowy polskich zakładów ubezpieczeń, a pośrednio, całego rynku ubezpieczeniowego.

Przeprowadzone analizy porównawcze, które dotyczyły ośmiu najczęściej stosowanych do oceny standingu zakładu ubezpieczeniowego parametrów finansowych, nie pozwoliły na formułowanie kategorycznych osądów na temat kondycji badanych zakładów ubezpieczeń. Charakteryzowały się bowiem tak dalece odmienną specyfiką różniącą każdy (większość) z nich od pozostałych, funkcjonowały w tak bardzo odmiennych warunkach szybko zmieniającego się otoczenia, podejmowały tak bardzo odmienne strategie rozwoju, że rzetelna ocena ich standingu wymagałaby przeprowadzenia ratingu pełnego, a nie tylko kwalifikowanego, w dodatku opartego jedynie na ośmiu formalnie potraktowanych wskaźnikach. Nie można tym samym stwierdzić w sposób odpowiedzialny, że źródło pochodzenia kapitału (zagraniczny vs. rodzimy) ma określony wpływ na standing finansowy polskich zakładów ubezpieczeń. Wprawdzie niektóre interpretacje danych zdają się sugerować lepszą kondycję zakładów z kapitałem zagranicznym, ale równocześnie jaskrawo tezie tej przeczą poważne tarapaty finansowe, w jakich pod koniec 1999 roku znalazło się kilkanaście zakładów ubezpieczeń, w tym większość z udziałem kapitału zagranicznego! Fakt ten możnaby tłumaczyć argumentując, że to jedynie przejściowa dekoniunktura....
Jednakże przykład "Warty" najlepiej dowodzi, że brak kapitału zachodniego nie musi stanowić bariery rozwoju, ani obniżać standingu finansowego polskiego zakładu ubezpieczeń. I dotyczy to praktycznie każdego z badanych okresów ostatniego dziesięciolecia.
Jakkolwiek przeprowadzone w ramach komentowanej analizy porównania nie potwierdzają domniemania o istotnym wpływie źródeł pochodzenia kapitałów na standing finansowy polskich ubezpieczycieli, to przywoływane tutaj wyniki analiz, niewątpliwie mogą być potraktowane jako znaczący asumpt do refleksji nad wpływem zagranicznego kapitału na polskie zakłady ubezpieczeń, jak i w ogóle na polski rynek ubezpieczeń.
Refleksja ta oscyluje wokół czterech wiodących pytań, a zarazem czterech głównych problemów naszego rodzimego rynku ubezpieczeniowego:

  1. Kim są owi zagraniczni inwestorzy i co faktycznie wnoszą?
  2. Jaki interes mają inwestorzy, co naprawdę zyskują, a co ryzykują?
  3. Co, dzięki zagranicznym inwestycjom, zyskują polskie zakłady ubezpieczeń, co zyskuje cały polski rynek?
  4. Co tracą polskie zakłady ubezpieczeń i polski rynek?

Zauważmy, że inwestorami są niemal wyłącznie zachodnie towarzystwa ubezpieczeniowe. Biorąc pod uwagę wielkość kapitałów własnych zagranicznych spółek - matek, kwoty, jakie one inwestują w swoje polskie spółki - córki, jak i w ogóle w polskie zakłady ubezpieczeń, wydają się rażąco małe, dostatecznie jednak duże by przejmować nad nimi skuteczną kontrolę. Wynika to w sposób prosty ze słabości kapitałowej całego polskiego rynku ubezpieczeniowego: łączna kwota kapitałów podstawowych wszystkich polskich zakładów ubezpieczeń działu I i działu II wynosiła pod koniec 1999 r. nieco ponad 2 mld.zł. (wg danych PUNU).
Tak więc wnosząc stosunkowo niewiele, zagraniczni inwestorzy tworzą sobie z polskiego rynku dogodny pomost do dalszej ekspansji na Wschód. Przejmując tak niskim kosztem kontrolę nad polskimi zakładami ubezpieczeń, stwarzają sobie możliwość kompensowania na polskim rynku zysków i strat, jakie są ich udziałem na innych rynkach lokalnych. Stąd też nasz rodzimy rynek zawsze traktować będą również jako jeden ze swoich rynków lokalnych. Nie mają zatem interesu nadmiernego kapitałowego umacniania polskiego rynku ubezpieczeniowego. Odwrotnie, im dany rynek jest słabszy kapitałowo, tym w większym stopniu musi się opierać na zagranicznej reasekuracji, tym łatwiej też wyprowadzać zeń praktycznie każdą ilość środków finansowych . Z tego punktu widzenia, kapitały zagraniczne zaangażowane w polskie zakłady ubezpieczeń, mają charakter poniekąd spekulacyjny. Trudno się zatem spodziewać w najbliższym czasie istotnego napływu na polski rynek ubezpieczeniowy znaczących funduszy. Te bowiem, które zostały już zaangażowane, znakomicie gwarantują ich właścicielom realizację ich partykularnych, strategicznych interesów. Zresztą, dlaczego mieliby inwestować więcej, skoro nikt tego od nich nie wymaga, czy może nie umie wymagać?

Przedstawioną tutaj interpretację potwierdzają stosunkowo niskie wtórne inwestycje kapitałowe, szczególnie w spółkach o wyraźnej przewadze kapitału zagranicznego, a także brak znaczących inwestycji w kształcenie i rozwój wyższej kadry zarządzającej, którą raczej wysyła się na wczasy i wycieczki motywacyjne. Intensywnie szkoli się natomiast sprzedawców, od nich bowiem w największym stopniu zależy efektywność pozyskiwania środków z rynku pierwotnego.
Jak wynika z cytowanych przez prasę wypowiedzi prezesów firm z kapitałem zagranicznym, a także opinii prezes PUNU ("Rzeczpospolita" z 20.12.1999), najbardziej liczący się wkład, jaki wnoszą zagraniczni udziałowcy do polskich zakładów ubezpieczeń, to nowe produkty ubezpieczeniowe (nie zawsze zresztą przystające do polskich realiów), lepsza organizacja pracy oraz większa dyscyplina gospodarki finansowej, wynikająca zresztą z innej strategii działania, jak się wydaje, tym właśnie, na czas jakiś, musimy się zadowolić.
Nie należy się z tego powodu zżymać ani nawet dziwić. Trudno bowiem oczekiwać, aby zagraniczny inwestor zgadywał, o co właściwie chodzi polskim strategom rozwoju rynku, a przy tym jeszcze kierował się sentymentem czy naszym polskim, czyli dla niego cudzym, interesem, tym bardziej, jeżeli jest on sprzeczny z jego własnym, partykularnym interesem. A na ogół jest, bowiem z góry musi on zakładać, że gra rynkowa jest przede wszystkim grą o sumie zerowej - nie jest zatem możliwe by równocześnie obaj gracze byli wygrani. Łatwo przewidzieć, że wygra ten mocniejszy. I rzeczywiście wygrywa! Z tego punktu widzenia niektóre postulaty liberałów, że "to, co niekonieczne, musi zniknąć", brzmią bez mała hipokrytycznie, albowiem zniknie wyłącznie nasze!
To prawda, że wejście do UE to dla Polski szansa na wydostanie się z cywilizacyjnego zaułka, ale negocjacje akcesyjne ukazują równocześnie, jak silne i obce Polsce są niektóre interesy UE i (w szczególności!) jej poszczególnych krajów członkowskich. Jeżeli zatem cały polski rynek ubezpieczeniowy zostanie bez reszty uzależniony od tych, którym bliższe są rynki obce, podmioty te, w trosce o własne zyski, na pewno nie będą preferowały interesów rynku polskiego.
Czy jednak rzeczywiście postępująca z udziałem inwestorów zachodnich prywatyzacja tak dalece wyeliminowała naturalnych reprezentantów rodzimego rynku ubezpieczeniowego, jakimi są polskie zakłady ubezpieczeń, by twierdzić - jak głoszą niektórzy analitycy - że rodzinne precjoza wyprzedaliśmy do tego stopnia, iż w kufrze przeziera już gołe dno? Czy naprawdę wpływ naszego narodowego lobby na rynek poprzez jego najważniejszego uczestnika, jakim jest zakład ubezpieczeń, będzie coraz bardziej iluzoryczny?
Istotnie, napływ kapitału do sektora ubezpieczeniowego, mimo iż procentowo i kwotowo tak bardzo znikomy, tak dalece uzależnił polskie zakłady ubezpieczeń, że wkrótce, jeżeli upadnie ostatnia reduta - PZU, ich podział na "polskie" i "zagraniczne" ostatecznie zostanie zatarty. O tym zaś, że wszelkie dychotomie tego typu nie mają już większego znaczenia ani nawet sensu, przekonują nawet klasyfikacje sporządzane przez PUNU (por. raporty kwartalne).
Opisana sytuacja nie byłaby może aż tak dramatyczna, gdyby z naszych dotychczasowych doświadczeń wypływała głębsza refleksja nad sposobami prywatyzacji oraz bliższymi i dalszymi jej konsekwencjami; nad tym, kiedy, jak, które przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe należy dokapitalizować, w jakim zakresie, w jakiej kolejności, na jakich warunkach, którego z potencjalnych partnerów preferować, dlaczego, w jakim stopniu itp.?
Brak takiej refleksji i wynikających z niej wyraźnych dyrektyw rozwoju rynku, a tym samym jednoznacznych kryteriów ocen sprawia, że swoje alibi znajduje każde działanie, nawet jeśli w dalszej perspektywie okazuje się ono sprzeczne z interesem gospodarki narodowej. A przynajmniej sprzeczne w świetle kartezjańskiej oczywistości.
Wszystko to jednak nie oznacza wcale, że nie można i nie należy mówić o wyraźnych, odrębnych interesach polskiego rynku ubezpieczeniowego. Wyraźnych i odrębnych na tyle, by zgodnie z nimi budować strategię jego obrony i rozwoju. W przeciwnym razie, polski rynek ubezpieczeń może stać się jednym z największych ryzyk całej naszej gospodarki narodowej.

Kryteria dla strategii rozwoju

Uznane tutaj za oczywiste założenie, że kształt polskiego rynku ubezpieczeniowego winien być taki, jaki najlepiej służy wzrostowi gospodarki narodowej (a przynajmniej - jako segment tej gospodarki - nie być piaskiem w jej trybach), prosto prowadzi do pozornie naiwnego pytania, kto, w jaki sposób, wedle jakich szczególnych zasad, kształt ów ma projektować? Jak wreszcie powstały scenariusz kształtowania pożądanego stanu rodzimego rynku ubezpieczeniowego sformułować w postaci dyrektyw wyraźnie określających wielkości wymaganych do prowadzenia działalności ubezpieczeniowej aktywów, pożądanej na rynku liczby zakładów ubezpieczeń, zasad konkurowania i tworzenia grup kapitałowych, roli i miejsca TUW-ów (a może i tontynów), brokerów, aktuariuszy, komisarzy awaryjnych, sądów arbitrażowych...? Jak przełożyć na język rozporządzeń np. obowiązek lokat w polskich bankach (tzn. w których?), w papierach Skarbu Państwa, ewentualne przywileje dla inwestycji w krajach polskiego interesu (Ukraina?, Niemcy?, Litwa?);jak wreszcie rozpisać role dla instytucji nadzoru itp.?
Te i tym podobne pytania można łatwo mnożyć dalej. Niestety, łatwość ich formułowania wynika również stąd, że każde z nich może być równie dobre - `nie istnieją bowiem powszechnie akceptowane pryncypia ich artykułowania, hierarchizowania, selekcjonowania. Nie istnieją, bo naturalne środowisko ubezpieczeniowe lub choćby ubezpieczeniowe lobby wciąż jeszcze nie powstało, natomiast naturalny mechanizm ich generowania i artykułowania przez głównych aktorów rynku - polskie zakłady ubezpieczeniowe podlega - jak to opisano - postępującemu zanikowi.
Nauka, a raczej wiedza o ubezpieczeniach, rozwijana jest w zaledwie kilku, faktycznie nie współpracujących ze sobą, ośrodkach akademickich, zaś uprawiający ją nieliczni naukowcy są bez reszty uwikłani w obowiązki dydaktyczne i/lub pozostają w służebnych związkach z określonym biznesem, trudno im zatem pozwalać sobie na bezstronność.
Każdy, kto w jakikolwiek sposób uczestniczył w rozwoju polskiego rynku ubezpieczeń w jego ostatnim (czy też jak wolą inni - pierwszym) dziesięcioleciu, miał aż nadto okazji by ostatecznie wyleczyć się z liberalnej wiary w cudowną moc samoregulacji rynku. Przekonał się bowiem, że na ogół prowadzi ona do deregulacji, a w dalszej perspektywie, do degradacji rynku i - być może - nawet do monopolu.
Bez pewnego działania kontrolnego, regulacyjnego, (reglamentacyjnego?), zgodnego z określonym wyobrażeniem pożądanego stanu/kształtu rynku ubezpieczeniowego, kształt ten (w formie pożądanej z punktu widzenia gospodarki narodowej) nigdy nie powstanie. Modelować go bowiem będą ci, których wyobrażenia o tym , jaki polski rynek jest dobrym rynkiem, mogą być - siłą rzeczy - bardzo odległe od naszych wyobrażeń.
Bez jednoznacznie ukierunkowanych działań regulacyjnych i kontrolnych, nie wydaje się też realna symbioza czy choćby koegzystencja gigantów finansowych i małych rodzimych instytucji. Albowiem będą one - z natury rzeczy - prowadzić walkę konkurencyjną, której wynikiem może być jedynie widmo rynku węgierskiego.
Czy zatem możliwe jest prywatyzowanie polskiego rynku ubezpieczeniowego w taki sposób, by efektywnie wspomagał wzrost gospodarki narodowej, a zarazem stawał się coraz bardziej atrakcyjny dla zagranicznych inwestorów? Jak uruchomić i skierować na polski rynek ubezpieczeń szeroki strumień zagranicznego kapitału by zarazem ożywiał wskaźniki wzrostu gospodarki narodowej?
Jak się wydaje, jedynym sposobem są konsekwentne, systemowe działania regulacyjne, prowadzone w myśl zasady stanowiącej parafrazę słynnej lloydowskiej klauzuli Sue and Labour: im więcej czynisz dla polskiego rynku, tym większe masz prawo do jego owoców; im więcej wnosisz kapitału, i przysparzasz pożytków rynkowi, przyczyniasz się do jego wzrostu, tym więcej korzyści możesz sam oczekiwać. Wariant alternatywny, to ustabilizowanie wskaźników wzrostu polskiej gospodarki na tak niskim poziomie, że zagraniczny kapitał rzeczywiście przestanie nam zagrażać, bowiem wówczas na pewno się nie pojawi. Zrealizuje się tym samym największe, katastroficzne ryzyko polskiego rynku ubezpieczeniowego - stanie się on jednym z głównych zagrożeń dla rozwoju gospodarki narodowej.

Happy end

Interes gospodarki narodowej wydaje się na tyle nadrzędny, że ignorowanie go przekreśla, a przynajmniej drastycznie ogranicza jakiekolwiek interesy partykularne. Jest zarazem na tyle oczywisty, ponad wszelkimi podziałami, że niewątpliwie stanie się wystarczająco silnym impulsem wspólnego budowania takiej strategii rozwoju polskiego rynku ubezpieczeniowego, w której nie zabraknie hierarchii wartości, jednoznacznych dyrektyw, ani kryteriów ocen. Jednoznacznych przynajmniej na tyle, by odróżniać działania chwalebne od haniebnych, wykluczać chaotyczne, nie dopuszczać do karygodnych zaniechań.
Prawdopodobieństwo zrealizowania się ryzyka katastroficznego można zatem uznać za raczej niewielkie.
Jednakże ubezpieczeniowa reguła przestrzega: jeżeli tylko coś się zdarzyć może, to na pewno się zdarzy! Co zatem się stanie, jeżeli opisywane tutaj zagrożenia skumulują się lub spotęgują w takim stopniu, że rynek ubezpieczeń istotnie przyczyni się do załamania gospodarki narodowej? Wówczas zubożałe polskie przedsiębiorstwa będą płaciły składki ubezpieczeniowe nie godne nawet kosztów akwizycji, składki ubezpieczonych "na życie" staną się obrazem ich marnej egzystencji, a składki emerytalne miarą ich biedy...
Wtedy to, władający działającymi w Polsce bankami, zakładami ubezpieczeń i funduszami emerytalnymi zagraniczni inwestorzy dojdą do przekonania, że w ich własnym interesie jest uczynić nas wszystkich bogatymi, a może nawet owce przeobrazić w wilki...Przyślą nam więc mnóstwo kapitałów, gospodarka rozkwitnie, a my wszyscy żyć będziemy długo i szczęśliwie.

  1. Literatura:
  2. Athearn J.L., Pritchett S.T., Schmit J.T., Risk and Insurance, 6th ed. St. Paul, Minnesota: West Publishing Co., 1989.
  3. Biuletyn Państwowego Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń, Departament Analiz Systemu Ubezpieczeniowego. Warszawa.
  4. Błaszczuk D.J., Dowgiało R., Holly R., Źródło pochodzenia kapitału a standing finansowy zakładów ubezpieczeń w Polsce w latach dziewięćdziesiątych., Informator PTU, Warszawa 2000.
  5. Crowe R.M., Horn R.C., The Meaning of Risk, The Jurnal of Risk and Insurance, 34, September 1967, pp. 450-474.
  6. Dorfman M.S., Infroduction to Risk Management and Insurance, 4 th ed. Englewood Cliffs, N. Jersey: Prentice - Hall Inc., 1991.
  7. Greene M.R., Trieschmann J.S., Risk and Insurance, 7 th ed. Cincinnati, Ohio: Santhwestrn Publishing Co., 1988.
  8. Head G.L., An Alternative to defining Risk as Uncertainty, The Journal of Risk and Insurance, 34, June 1967, pp. 205-214.
  9. Mehr R.I., Fundamentals of Insurance, 2 th ed. Homewood, Illinois: R.D. Irwin Inc., 1986.
  10. Mowbray A.H., Blanchard R.H., Williams C.A. Jr., Insurance, 6 th ed., N. York: McGraw-Hill Book Co., 1969.
  11. Rejda G.E. (ed)., Risk and Its Treatment: Changing Societal Consegnences, The Annals of the American Academy of Publical and Social Science, 443, May 1979, pp. 1-144.
  12. Rejda G.E., Skutt V.J., Principles of Risk Management and Insurance, 4 th ed., Harper Collins Publishers Inc., N. York, 1992.
  13. Williams C.A. Jr., Heins R.M., Risk Management and Insurance, 6 th ed. N. York: McGraw-Hill Book Co., 1989.
  14. Willett A.H., The Economic Theory of Risk and Insurance, Homewod, Illinois: R.D. Irwin Inc., 1951.



 

Kontakt

Krajowy Instytut Ubezpieczeń
- Insurance Institute in Poland
ul. Ksawerów 30 lok. 92
02-652 Warszawa
Tel.: +48 022 628 99 30
Fax: +48 022 628 99 31
e-mail:
wyślij wiadomość

więcej...

 


 

Wszelkie prawa zastrzeżone Krajowy Instytut Ubezpieczeń
realizacja: aktiz