KATEGORIE

Perspektywy polskiego rynku ubezpieczeń. Historia z happy endem

Autor: Romuald Holly
Czas i miejsce publikacji: Gazeta Ubezpieczeniowa Nr 12, Warszawa, 24 maja 2000r.

 






Definiując pożądany stan rynku ubezpieczeniowego musimy pamiętać, że zawsze będzie to wizja "subiektywna" lub wręcz arbitralna, bowiem wynikająca z przyjętych przez oceniającego założeń i kryteriów ocen. Zatem ten sam stan rynku z jednego punktu widzenia będzie pożądany, a z innego - niepożądany. Stąd też zasadniczo rozbieżne opinie: od apoteozy, względnie usprawiedliwiania obecnego stanu jako naturalnego etapu rozwoju, aż po totalne deprecjonowanie uzasadniane symptomami degradacji lub wręcz zapaści.

Czy nic istnieją więc niezależne kryteria pozwalające na w miarę obiektywną ocenę, czy obecny stan polskiego rynku ubezpieczeniowego jest wynikiem jego postępującej degradacji czy naturalnym etapem rozwoju? A jeżeli jest to rozwój, to czy na pewno przebiega właściwie, czy zmierza w pożądanym kierunku? Przez kogo pożądanym?

Jak ustalić katalog ryzyk?

Próbę odpowiedzi na to fundamentalne pytanie poprzedźmy przywołaniem obrazu naszego rynku w postaci, jaką nadają mu te jego ilościowe i jakościowe parametry, za pomocą których jest on najczęściej opisywany. Są to miary stosunkowo najbardziej wiarygodne, powstały bowiem w praktyce badań ratingowych o ponadstuletniej już tradycji. Jeżeli odniesiemy je do podmiotów działających na polskim rynku ubezpieczeń, wskazują one na zagrożenia ze strony następujących ryzyk:

  • destabilizacji,
  • nierównowagi podaży i popytu,
  • deregulacji,
  • pogłębiającego się braku dosta tecznej pojemności,
  • chronicznego braku kapitałów i wynikającej stąd
  • utraty niezależności (autono mii) własnej tożsamości, a w efekcie
  • całkowitej marginalizacji.

Wymienione jedynie hasłowo charakterystyki, które (różnie uzasadniane) niewątpliwie mogą być polskiemu rynkowi przypisywane, potraktujmy tutaj w kategoriach realnych niebezpieczeństw stwarzających stan określonego zagrożenia, a tym samym jako przyczyny niepożądanych zdarzeń i zmian.

Jednoznaczna diagnoza obecnego stanu polskiego rynku ubezpieczeń nic jest możliwa bez jednoznacznych kryteriów ocen, na ile realizowanie się wymienionych ryzyk zmienia stan rynku w kierunku pożądanym czy niepożądanym. Brak takich kryteriów, a tym samym wyraźnej koncepcji i czytelnej strategii rozwoju polskiego rynku ubezpieczeniowego, ogranicza także możliwość identyfikowania ryzyk, nie pozwala na ich hicrarchizowanie oraz podejmowanie działań zmierzających do ich kontrolowania: niedopuszczania do realizowania się lub przynajmniej ograniczania ich skutków. Albowiem brak takich kryteriów oznacza zarazem brak wyraźnej koncepcji i czytelnej strategii rozwoju polskiego rynku ubezpieczeniowego.

Najlepszym tego dowodem, a zarazem skutkiem są kontrowersje wokół idei i praktyki prywatyzowania i dekapitalizowania polskich zakładów ubezpieczeń.

Wiadomo bowiem, że najwięcej niebezpieczeństw, tworzących najpoważniejsze zagrożenia dla polskiego rynku ubezpieczeniowego, wynika z jego ogromnych braków kapitałowych. Konstatacja ta nie budzi niczyich zastrzeżeń. Natomiast diametralnie już rozbieżne są opinie na temat wynikających stąd konsekwencji. Albowiem braki te prowadzą, być może, do całkowitego uzależnienia polskiego rynku od zagranicznych central decyzyjnych. A może stanowią wyjątkową szansę na szybkie dokapilalizo-wanie i korzystne dla polskiej gospodarki przyłączenie rynku ubezpieczeniowego do międzynarodowych struktur finansowych?

Czy zatem należy bronić autonomii, odrębności, tożsamości polskiego rynku ubezpieczeniowego, czy też jak najszybciej poddać go inkorporacji przez zagraniczne koncerny finansowe?

Wobec braku bezspornych kryteriów pozwalających nie tylko na hie-rarchizowanic niebezpieczeństw zagrażających polskiemu rynkowi ubezpieczeniowemu, ale wręcz na kwalifikowanie poszczególnych zdarzeń jako pożądane lub niepożądane, posłużmy się niezawodną w takich sytuacjach kartezjańską maksymą traktowania jako prawdziwe tego, co oczywiste, i odwołajmy się do tych impon-derabiliów, których, zakwestionowanie przez kogokolwiek wydaje się wprost nieprawdopodobne.

Z tego punktu widzenia, za najważniejsze (w sensie: najbardziej zagrażające rynkowi) niebezpieczeństwa należy uznać te, które - jeżeli wystąpią w odpowiedniej skali lub skumulują się w czasie - uniemożliwią realizację podstawowego celu, jakim dla sektora ubezpieczeniowego jest stabilizowanie i stymulowanie wzrostu gospodarki narodowej. I to właśnie należy uznać za główne ryzyko zagrażające obecnie polskiemu rynkowi ubezpieczeniowemu.

Próba oceny stanu zagrożenia

Rozważmy zatem czy - i jeżeli tak, na ile, wyszczególnione już przez nas niebezpieczeństwa mają wpływ na urzeczywistnienie się głównego ry zyka, tj. czy i na ile ograniczą (unie możliwią?) one wypełnianie polskie mu rynkowi ubezpieczeniowemu jego podstawowej funkcji makroekonomicznej, jakąjest stabilizowanie i stymulowanie wzrostu gospodarki naro dowej.

Jak już zostało powiedziane, postępujące ograniczanie autonomii i wręcz zanikanie tożsamości polskiego rynku ubezpieczeniowego, wynikające głównie z jego braków kapitałowych, może być potraktowane jako jedno z największych niebezpieczeństw uprawdopodabniających zrealizowanie się komentowanego tutaj ryzyka. Gdy rozważymy argumenty przemawiające za i przeciwko tej tezie, okaże się, że istotnie, napływ kapitału do sektora ubezpieczeniowego, mimo iż procentowo i kwotowo tak bardzo znikomy, tak dalece uzależnił polskie zakłady ubezpieczeń, że wkrótce, jeżeli upadnie ostatnia reduta - PZU, ich podział na "polskie" i "zagraniczne" ostatecznie zostanie zatarty. O tym zaś, że wszelkie dychotomie tego typu nie mają już większego znaczenia ani nawet sensu, przekonują nawet klasyfikacje sporządzane przez PUNU (por. raporty kwartalne).

Zauważmy przy tym, że inwestorami są niemal wyłącznie zachodnie towarzystwa ubezpieczeniowe. Biorąc pod uwagę wielkość kapitałów własnych zagranicznych spółek-matek, kwoty, jakie one inwestują w swoje polskie spółki-córki, jak i w ogóle w polskie zakłady ubezpieczeń, wydają się rażąco małe, dostatecznie jednak duże, by przejmować nad nimi skuteczną kontrolę. Wynika to w sposób prosty ze słabości kapitałowej całego polskiego rynku ubezpieczeniowego: łączna kwota kapitałów podstawowych wszystkich polskich zakładów ubezpieczeń działu I i działu II wynosiła pod koniec 1999 r. nieco ponad 2 mld zł (wg danych PUNU).

Z tego punktu widzenia kapitały zagraniczne, zaangażowane w polskie zakłady ubezpieczeń, mają charakter poniekąd spekulacyjny. Trudno zatem spodziewać się w najbliższym czasie istotnego napływu na polski rynek ubezpieczeniowy znaczących funduszy. Te bowiem, które zostały już zaangażowane, znakomicie gwarantują ich właścicielom realizację ich partykularnych, strategicznych interesów. Zresztą, dlaczego mieliby inwestować więcej, skoro nikt tego od nich nie wymaga czy może nic umie wymagać?

Jak wynika z cytowanych przez prasę wypowiedzi prezesów firm z kapitałem zagranicznym, a także opinii prezesa PUNU ("Rzeczpospolita" z 20 grudnia 1999 r.), najbardziej liczący się wkład, jaki wnoszą zagraniczni udziałowcy do polskich zakładów ubezpieczeń, to nowe produkty ubezpieczeniowe (nie zawsze zresztą przystające do polskich realiów), lepsza organizacja pracy oraz większa dyscyplina gospodarki finansowej, wynikająca zresztą z innej strategii działania jak się wydaje, tym właśnie, na czas jakiś, musimy się zadowolić.

Nie należy się z tego powodu zżymać ani nawet dziwić. Trudno bowiem oczekiwać, aby zagraniczny inwestor zgadywał, co właściwie polscy stratedzy rozwoju rynku mają na myśli, a przy tym jeszcze kierował się sentymentem czy naszym polskim, czyli dla niego cudzym, interesem, tym bardziej jeżeli jest on sprzeczny z jego własnym, partykularnym interesem. A na ogół jest, bowiem z góry musi on zakładać, że gra rynkowa jest przede wszystkim grą o sumie zerowej - nie jest zatem możliwe, by równocześnie obaj gracze byli wygrani. Z tego punktu widzenia niektóre postulaty liberałów, że "to, co niekonieczne, musi zniknąć", brzmią bez mała hipokrytycznie, albowiem zniknie wyłącznie nasze!

To prawda, że wejście do UE to dla Polski szansa na wydostanie się z cywilizacyjnego zaułka, ale negocjacje ak-cesyjne ukazują równocześnie, jak silne i obce Polsce są niektóre interesy UE i (w szczególności!) jej poszczególnych krajów członkowskich. Jeżeli zatem cały polski rynek ubezpieczeniowy zostanie bezTeszty uzależniony od tych, którym bliższe są rynki obce, podmioty te, w trosce o własne zyski, na pewno nie będą preferowały interesów rynku polskiego.

Opisana sytuacja nie byłaby może aż tak dramatyczna, gdyby z naszych dotychczasowych doświadczeń wypływała głębsza refleksja nad sposobami prywatyzacji oraz bliższymi i dalszymi jej konsekwencjami; nad tym, kiedy, jak, które przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe należy dokapi-talizować, w jakim zakresie, w jakiej kolejności, na jakich warunkach, którego z potencjalnych partnerów preferować, dlaczego, w jakim stopniu itp.7

Brak takiej refleksji i wynikających z niej wyraźnych dyrektyw rozwoju rynku, a tym samym jednoznacznych kryteriów ocen sprawia, że swoje alibi znajduje każde działanie, nawet jeśli w dalszej perspektywie okazuje się ono sprzeczne z interesem gospodarki narodowej. Wszystko to jednak nie oznacza wcale, że nie można i nie należy mówić o wyraźnych, odrębnych interesach polskiego rynku ubezpieczeniowego. Wyraźnych i odrębnych na tyle, by zgodnie z nimi budować strategię jego obrony i rozwoju.

Kryteria strategii rozwoju

Każdy, kto w jakikolwiek sposób uczestniczył w rozwoju polskiego rynku ubezpieczeń w jego ostatnim (czy też jak wolą inni - pierwszym) dziesięcioleciu, miał aż nadto okazji, by ostatecznie wyleczyć się z liberalnej wiary w cudowną moc samorcgulacji rynku. Przekonał się bowiem, że na ogól prowadzi ona do deregulacji, a w dalszej perspektywie, do degradacji rynku i - być może - nawet do monopolu.

Bez pewnego działania kontrolnego, regulacyjnego (reglamentacyjne-go?), zgodnego z określonym wyobrażeniem pożądanego stanu/kształtu rynku ubezpieczeniowego, kształt ten (w formie pożądanej z punktu widzenia gospodarki narodowej) nigdy nie powstanie. Modelować go bowiem będą ci, których wyobrażenia o tym, jaki polski rynek jest dobrym rynkiem, mogą być - siłą rzeczy - bardzo odległe od naszych wyobrażeń.

Bez jednoznacznie ukierunkowanych działań regulacyjnych i kontrolnych nie wydaje się też realna symbioza czy choćby koegzystencja gigantów finansowych i małych rodzimych instytucji. Albowiem będą one - z natury rzeczy - prowadzić walkę konkurencyjną, której wynikiem może być jedynie widmo rynku węgierskiego.

Czy zatem możliwe jest prywatyzowanie polskiego rynku ubezpieczeniowego w taki sposób, by efektywnie wspomagał wzrost gospodarki narodowej, a zarazem stawał się coraz bardziej atrakcyjny dla zagranicznych inwestorów? Jak uruchomić i skierować na polski rynek ubezpieczeń szeroki strumień zagranicznego kapitału, by zarazem ożywiał wskaźniki wzrostu 'gospodarki narodowej?

Jak się wydaje, jedynym sposobem są konsekwentne, systemowe działania regulacyjne, prowadzone w myśl zasady stanowiącej parafrazę słynnej lloydowskicj klauzuli Suc and Labour: im więcej czynisz dla polskiego rynku, tym większe masz prawo do jego owoców; im więcej wnosisz kapitału i przysparzasz pożytków rynkowi, przyczyniasz się do jego wzrostu, tym więcej korzyści możesz sam oczekiwać. Wariant alternatywny to ustabilizowanie wskaźników wzrostu polskiej gospodarki na tak niskim poziomic, że zagraniczny kapitał rzeczywiście przesianie nam zagrażać, bowiem wówczas na pewno się nic pojawi.

Zrealizuje się tym samym największe, katastroficzne ryzyko polskiego rynku ubezpieczeniowego - stanie się jednym z głównych zagrożeń dla rozwoju gospodarki narodowej.

Happy end

Interes gospodarki narodowej wydaje się na tyle nadrzędny, że ignorowanie go przekreśla, a przynajmniej drastycznie ogranicza jakiekolwiek interesy partykularne. Jest zarazem na tyle oczywisty, ponad wszelkimi podziałami, że niewątpliwie stanic się wystarczająco silnym impulsem wspólnego budowania takiej strategii rozwoju polskiego rynku ubezpieczeniowego, w której nic zabraknie hierarchii wartości, jednoznacznych dyrektyw ani kryteriów ocen. Jednoznacznych przynajmniej na tyle, by odróżniać działania chwalebne od haniebnych, wykluczać chaotyczne, nic dopuszczać do karygodnych zaniechań.

Prawdopodobieństwo zrealizowania się ryzyka katastroficznego można zatem uznać za raczej niewielkie. Jednakże ubezpieczeniowa reguła przestrzega: jeżeli tylko coś się zdarzyć może, to na pewno się zdarzy! Co się zatem stanic, jeżeli opisywane tutaj zagrożenia skumulują się lub spotęgują w takim stopniu, że rynek ubezpieczeń {stolnic przyc/yni iii; do załamania gospodarki narodowej?

Wówczas zubożałe polskie pr/.cii-siębiorstwa będą płaciły składki ubc/.-pieczeniowe niegodne nawet kosztów akwizycji, składki ubezpieczonych "na życie" staną się obrazem ich marnej egzystencji, a składki emerytalne miarą ich biedy...

Wtedy to władający działającymi w Polsce bankami, zakładami ubezpieczeń i funduszami emerytalnymi zagraniczni inwestorzy dojdą do przekonania, że w ich własnym interesie jest uczynić nas wszystkich bogatymi, a może nawet owce przeobrazić w wilki... Przyślą nam więc mnóstwo kapitałów, gospodarka rozkwitnie, a my wszyscy żyć będziemy długo i szczęśliwie.

Romuald Holly

Dyrektor Krajowego Instytutu Ubezpieczeń

Autor jest profesorem SGH, WSUiB oraz WSEI. Na artykuł składają się fragmenty publikacji złożonej do druku w Wydawnictwie WSUiB w Warszawie.



 

Kontakt

Krajowy Instytut Ubezpieczeń
- Insurance Institute in Poland
ul. Ksawerów 30 lok. 92
02-652 Warszawa
Tel.: +48 022 628 99 30
Fax: +48 022 628 99 31
e-mail:
wyślij wiadomość

więcej...

 


 

Wszelkie prawa zastrzeżone Krajowy Instytut Ubezpieczeń
realizacja: aktiz