KATEGORIE

List otwarty do nabranych na polisy

Autor: Romuald Holly
Czas i miejsce publikacji: Gazeta Ubezpieczeniowa styczeń 2003r.






W świątecznej poczcie, jaką odebrałem z SGH, znalazłem krótkie, uprzejme pismo Redaktora Naczelnego "Przeglądu", w którym dziękuje mi "za poświęcony nam czas i pomoc przy tworzeniu artykułu" (zamieszczonego w załączonym egzemplarzu Nr 48).

Niestety, nie zasłużyłem sobie na te podziękowania, bowiem nie tylko nie pomagałem przy tworzeniu owego artykułu, ale nawet nie otrzymałem takiej szansy. Na spotkanie ze mną przybył jedynie fotograf, bez dziennikarza, który zresztą nie tylko w ogóle się nie pojawił, ale nawet nie skontaktował się ze mną, choćby telefonicznie, nie mówiąc już o jakiejkolwiek możliwości autoryzowania przypisywanych mi słów.

Rozumiem, iż wobec faktu, że od wielu już lat wypowiadałem się w różnych czasopismach i gazetach na temat poruszany przez Przegląd w rzeczonym artykule, jego Redaktor mógł uznać, że zna już moje poglądy na tyle dogłębnie, by samodzielnie, bez mojego udziału, wyszukać różne sekwencje moich słów i złożyć je w kilka "pół - wypowiedzi". Jednakże, mimo iż niewątpliwie oszczędził mi nieco czasu i trudu, nie jestem mu za to wdzięczny, ponieważ sens owych "pół - wypowiedzi" uznaję za niedostatecznie rzetelny, a zarazem zanadto prowokacyjny. Jeżeli natomiast zamiarem Przeglądu było wywołanie ogólnego poruszenia, cel swój zapewne osiągnął. Echo, jakie wywołał ten artykuł, okazało się bowiem daleko szersze i głębsze niż dziesiątki publikacji w innych pismach branżowych na ten temat - nigdy jeszcze, po opublikowaniu jakiejkolwiek wypowiedzi, nie otrzymałem tylu gratulacji od jednych i słów oburzenia od drugich, przy czym w większości jedni i drudzy na ogół artykułu nie czytali a jedynie słyszeli/dowiedzieli się, że wypowiedziałem się, iż... i tutaj następuje zaskakująca różnorodność odmiennych interpretacji tego, co faktycznie Redaktor artykułu napisał. Odnoszę wrażenie, że każdy - od moich kolegów - profesorów wyższych uczelni poczynając, poprzez licznych, nieznanych mi w ogóle agentów i brokerów oraz tzw. "zwykłych ludzi" e-mailujących z różnych stron kraju, aż po prominentnych przedstawicieli środowiska ubezpieczeniowego - znajduje w owym artykule potwierdzenie tego, co sam chciałby, aby było tam napisane; albo bardzo by nie chciał, by ktokolwiek o tym napisał. Sprawa zatem okazuje się bardziej doniosła - społecznie wrażliwa i środowiskowo drażliwa - niż sam mógłbym przypuszczać. Z tych względów uznałem, że - mimo umiłowania mojego prawa do ignorowania tego, co inni mi przypisują - w tym przypadku jednak mam obowiązek skomentowania, już bez czyjejkolwiek "pomocy", przynajmniej pokrótce, dwóch fundamentalnych kwestii: czy i - jeżeli tak - to jakie ubezpieczenia są nam potrzebne (czy i kiedy nam pomagają, a kiedy rozczarowują) oraz kto jest odpowiedzialny za te wszystkie przypadki, w których z ubezpieczeń więcej mamy kłopotów niż pożytku.

Na pierwsze z tych pytań odpowiemy sobie najkrócej jeżeli, przyjmując pewne uproszczenia i ryzykując ewentualne nieporozumienia jakie stąd mogą wynikać, ubezpieczenie porównamy do specyficznego medykamentu, który stosujemy wtedy, gdy w naszym życiu pojawiają się jakieś ryzyka - możliwość wystąpienia zdarzeń, których skutki są przez nas niepożądane. Na ryzyko zatem, niczym lek na chorobę, stosujemy odpowiednie ubezpieczenie, by usunąć lub przynajmniej ograniczyć jego skutki. Przy czym, podobnie jak z lekarstwem, gdy zastosujemy ubezpieczenie niewłaściwe lub podamy go w nadmiarze, uzyskamy, tak jak w leczeniu choroby, tzw. efekt bumerangowy, tj. odwrotny od zakładanego - w krańcowym przypadku powodujący śmierć pacjenta. Zaproponowane tu porównanie dobrze ilustruje przykład ubezpieczenia "na życie" (czyli na wypadek śmierci) pięćdziesięcioletniego mężczyzny, który - w celu godnego, materialnego zabezpieczenia przyszłości swojej żony, oczywiście "w sytuacji, gdyby go zabrakło" - godzi się na nadmiernie wysoką, w stosunku do jego możliwości finansowych, sumę ubezpieczenia. Z tak wysoką sumą ubezpieczenia, wiążą się odpowiednio wysokie składki ubezpieczeniowe, zaś w przypadku pięćdziesięcioletniego mężczyzny, szczególnie wysokie. Nasz pięćdziesięciolatek zatem, by sprostać konieczności regularnego wpłacania znacznych kwot składki (które mu zresztą jeszcze systematycznie rewaloryzujemy), podejmuje dodatkowe prace, w rezultacie czego "zaharowuje się na śmierć" - niestety, dosłownie.

Przytoczony przykład nie jest bynajmniej całkowicie abstrakcyjny. Dotyczy bowiem w jakimś stopniu tych wszystkich, zarówno osób fizycznych jak i przedsiębiorstw, dla których wysokość płaconych składek staje się na tyle nadmiernym obciążeniem finansowym, że w sposób znaczący niekorzystnie wpływa na ich codzienne życie, pogarsza jakość ich życia. Na pewno zaś dotyczy tych, którzy w imię zabezpieczenia, po swojej śmierci, materialnego standardu swoich bliskich płacą zakładowi ubezpieczeń regularną daninę, z powodu której, być może, muszą rezygnować z tego, z czego sami jeszcze chcieliby i mogliby korzystać...

Cóż, ludzka troska o przyszły los najbliższych, ludzka miłość i gotowość do ponoszenia w jej imię nawet znaczących ofiar, nie ma ceny i - być może - owa ofiara jest źródłem większej satysfakcji niż dolegliwości, jakie powoduje. Chciałbym jednak poznać prezesa zakładu ubezpieczeń lub jego agenta (aplikującego taki medykament ich klientom), którzy są pewni, że zastosowali właściwą miarę.

Z drugiej strony, nie jest winą zakładu ubezpieczeń, że sprzedał mężczyźnie polisę "od zajścia w ciążę", jeżeli ów mężczyzna, świadom tego o co mu chodzi, stanowczo sobie tego życzył.

Jeżeli nawet przypadki takie rzeczywiście się zdarzają, nie będziemy tutaj rozpatrywać absurdalnego zarzutu pod adresem klienta, że kupił sobie niewłaściwą czy niepotrzebna polisę. Byłoby to bowiem w znacznej mierze tak, jakbyśmy obarczali pacjenta odpowiedzialnością za błędny dobór leków i niewłaściwe leczenie. Nic zatem nie zmieni faktu, że za głównych odpowiedzialnych za funkcjonowanie na rynku licznych ubezpieczeniowych bubli, jak też za przypadki "ordynowania" określonych ubezpieczeń (nawet tych, które w swej istocie, konstrukcji i funkcji, jakie pełnią, są bez wątpienia wartościowe), osobom mającym niewiele wspólnego z ryzykami do jakich owe ubezpieczenia się odnoszą, generalnie należy uznać zakłady ubezpieczeń.

Odpowiedzialność ubezpieczycieli wydaje się nawet bardziej jednoznaczna. Jeżeli bowiem, pamiętając o wszelkich uproszczeniach zaproponowanego porównania, będziemy konsekwentnie trzymać się naszego przykładu, to okaże się, że funkcjonariusze zakładów ubezpieczeń, są nie tylko odpowiednikami lekarzy, stawiającymi diagnozy, ordynującymi leki i prowadzącymi pacjenta, ale również farmaceutami, wymyślającymi nowe medykamenty, produkującymi je oraz zainteresowanymi ich masową sprzedażą za jak najwyższą cenę. Komu należy więc przypisywać gross zasług, ale też i win, za indywidualne i społeczne skutki wynikające z jakości polis, w które zostaliśmy zaopatrzeni?

Szukając głównego "winowajcy" musimy też jednak wskazać na pewną zmianę systemową, jaka się dokonała w samym podejściu do ubezpieczeń, do samej idei oraz społecznej i gospodarczej misji ubezpieczeń. Przeobrażenia w tym zakresie, postępują zresztą już od lat kilkudziesięciu i doprowadziły do przekształcenia systemu ubezpieczeń gospodarczych w swoisty, nie przypadkiem tak chyba określany, insurance industry - przemysł ubezpieczeniowy, w którym, jak z resztą w każdej gałęzi przemysłu, dominuje zasada generowania zysku. Zasada ta jednakże, jak każda inna, ma swoje granice - granice bezpieczeństwa dla uczestników gry rynkowej. Granice te na polskim rynku ubezpieczeń zostały przekroczone. I oto przed około dwoma laty, skutki tego faktu dramatycznie się objawiły. Stało się to głównie za sprawą odejścia przez niektóre zakłady ubezpieczeń od ich naturalnej, stanowiącej rację ich istnienia, społecznej i gospodarczej funkcji ubezpieczeń: od funkcji stricte kompensacyjnej na rzecz inwestycyjnej. Tym samym wypaczona została istota ubezpieczeń, która polega - mówiąc najprościej - nie na inwestowaniu a zabezpieczaniu przed skutkami nieszczęść. W wyniku owej zmiany, powstało wiele produktów, które, oferowane przez agentów, miały nie tyle, czy nie tylko chronić ich klientów - nabywców takich polis przed skutkami nieszczęść, ale jeszcze, a właściwie przede wszystkim, dać im dobrze zarobić. Spektakularna porażka nastąpiła wcześniej, niż mógł ktokolwiek przypuszczać: już w momencie ogłoszenia wyników pierwszych serii polis "inwestycyjnych". Głęboko zawiedzeni posiadacze tych polis (czując się wręcz oszukani, zasadnie czy bezzasadnie) masowo wycofując się z owych "inwestycji", wywołali efekt domina - teraz już każdy posiadacz jakiejkolwiek polisy, nerwowo ją wertuje i spodziewając się choćby najgorszego, zastanawia się, czy nie lepiej się jej już teraz pozbyć... Tak więc przyjęta onegdaj nowa strategia sprzedaży i konstrukcji nowych produktów (które nota-bene, inaczej skonstruowane, zorientowane raczej na ryzyko utraty zysku z inwestycji niż na sam zysk, i właściwie konfigurowane z innymi ryzykami, mogłyby się stać bardzo pożytecznym dodatkiem do standardowej oferty w ubezpieczeniach na życie) okazała się bardzo krótkowzroczna i - w dłuższej perspektywie - wręcz samobójcza dla działającego wedle tych reguł zakładu ubezpieczeń. Niemniej, w warunkach coraz ostrzejszej konkurencji, wobec tak trudnych do przewidzenia i tak szybko dokonujących się zmian i uwarunkowań gospodarczych, wobec dalece niedoskonałej legislacji, niejeden zakład ubezpieczeń "nie zawraca sobie głowy" późniejszymi konsekwencjami prowadzonej w ten sposób działalności i - w istocie - uprawia swoistą "gospodarkę rabunkową".

Jeżeli nie zmienimy tego myślenia, tych postaw, w naszej ubezpieczeniowej działalności, płonną okaże się nadzieja pana prezesa Jarosława Myjaka, że klienci, którzy teraz masowo nas opuszczają, kiedyś, gdy warunki ekonomiczne im na to pozwolą, jeszcze do nas wrócą... Być może wrócą, ale pod warunkiem, że w wyniku krótkowzrocznego planu różnorodnych działań podejmowanych przez reprezentantów środowiska w obronie fałszywie pojmowanego jego interesu, nie zostanie ostatecznie pogrzebane zaufanie do ubezpieczycieli, jako do specyficznych lekarzy i farmaceutów, działających również w interesie swoich klientów - pacjentów. Albowiem bez swoich pacjentów, lekarze i farmaceuci będą już zupełnie zbędni. Tego zaś, czego od ubezpieczeń mogą oczekiwać ich klienci, to przede wszystkim finansowej kompensacji skutków niepożądanych zdarzeń, jakie mogą ich realnie dotknąć. Takie ubezpieczenia są nam potrzebne.

Szerszy komentarz na temat "Co się dzieje z polskimi ubezpieczeniami?", i co, w związku z tym, należy/można zrobić, obiecałem "Gazecie Ubezpieczeniowej" i "Dziennikowi Ubezpieczeniowemu". Zainteresowanych zachęcam więc do lektury najbliższych ich numerów.


Romuald Holly

 

Kontakt

Krajowy Instytut Ubezpieczeń
- Insurance Institute in Poland
ul. Ksawerów 30 lok. 92
02-652 Warszawa
Tel.: +48 022 628 99 30
Fax: +48 022 628 99 31
e-mail:
wyślij wiadomość

więcej...

 


 

Wszelkie prawa zastrzeżone Krajowy Instytut Ubezpieczeń
realizacja: aktiz