KATEGORIE

Gra sprzecznych interesów

Autor: Romuald Holly
Czas i miejsce publikacji: Rzeczpospolita, Warszawa, 4 maja 2000r.

 






Najwięcej zagrożeń polskiego rynku ubezpieczeniowego wiąże się z jego ogromnymi brakami kapitałowymi. Czy zatem należy bronić odrębności polskiego rynku ubezpieczeniowego, czy też jak najszybciej poddać go inkorporacji przez zagraniczne koncerny finansowe? Opinie co do wynikających z tego konsekwencji są rozbieżne. Być może prowadzi to do całkowitego uzależnienia polskiego rynku od zagranicznych central decyzyjnych - albo też stanowi wyjątkową szansę na szybkie dokapitalizowanie go i korzystne dla gospodarki przyłączenie do międzynarodowych struktur finansowych.

Z drugiej strony, czy w ten sposób zostanie osiągnięty jeden z celów stawianych przed sektorem ubezpieczeń, jakimi są stabilizowanie i stymulowanie wzrostu gospodarki. Cały czas trwają kontrowersje wokół idei i praktyki prywatyzowania i dokapitalizowania polskich zakładów ubezpieczeń.

Kapitały spekulacyjne

Postępujące ograniczanie autonomii czy wręcz zanikanie tożsamości polskiego rynku ubezpieczeniowego, wynikające głównie z jego braków kapitałowych, mogą być potraktowane jako jedne z największych niebezpieczeństw. Napływ kapitału do sektora ubezpieczeniowego, choć procentowo i wartościowo znikomy, tak dalece uzależnił polskie zakłady ubezpieczeń, że wkrótce, jeżeli upadnie ostatnia reduta, PZU, ich podział na polskie i zagraniczne ostatecznie zostanie zatarty. O tym zaś, że wszelkie określenia tego typu nie mająjuż większego znaczenia ani nawet sensu, przekonują nawet klasyfikacje sporządzane przez Państwowy Urząd Nadzoru Ubezpieczeń PUNU (por. raporty kwartalne). Inwestorami są niemal wyłącznie zachodnie towarzystwa ubezpieczeniowe. Biorąc pod uwagę wielkość kapitałów własnych zagranicznych spółek matek, kwoty, jakie one inwestują w swoje polskie spółki córki i w ogóle w polskie zakłady ubezpieczeń, wydają się rażąco małe - choć dostatecznie duże, by przejmować nad nimi kontrolę. Wynika to ze słabości kapitałowej całego polskiego rynku ubezpieczeniowego: łączna kwota kapitałów podstawowych wszystkich polskich zakładów ubezpieczeń wynosiła pod koniec 1999 r. nieco ponad 2 mld zł (według danych PUNU).

Z tego punktu widzenia, kapitały zagraniczne, zaangażowane w polskie zakłady ubezpieczeń, mają charakter poniekąd spekulacyjny i trudno się zatem spodziewać w najbliższym czasie istotnego napływu na krajowy rynek znaczących funduszy. Te, które już zostały zaangażowane, gwarantują właścicielom realizację ich strategicznych interesów.

Bez sentymentów

Jak wynika z cytowanych przez prasę wypowiedzi prezesów firm z kapitałem zagranicznym, a także opinii prezes PUNU ("Rz" z 20.12.1999 r.), najbardziej liczący się wkład zagranicznych udziałowców do polskich zakładów ubezpieczeń to nowe produkty (nie zawsze zresztą przystające do polskich realiów), lepsza organizacja pracy oraz większa dyscyplina

gospodarki finansowej, wynikająca zresztą z innej strategii działania. I -jak się wydaje - tym właśnie na jakiś czas musimy się zadowolić. Nie należy się z tego powodu zżymać ani nawet dziwić. Trudno bowiem oczekiwać, aby zagraniczny inwestor zgadywał, co właściwie polscy stratedzy rozwoju rynku mają na myśli, a przy tym jeszcze kierował się sentymentem czy polskim interesem. Wejście do UE to dla Polski szansa na wydostanie się z cywilizacyjnego zaułka, ale negocjacje ukazują równocześnie, jak silne i obce Polsce są niektóre interesy UE i jej krajów członkowskich. Jeżeli zatem cały polski rynek ubezpieczeniowy zostanie uzależniony od firm, którym bliższe są rynki obce, na pewno nie będą one preferowały interesów rynku polskiego.

Ta sytuacja nie byłaby może aż tak dramatyczna, gdyby z naszych dotychczasowych doświadczeń wypływała głębsza refleksja nad sposobami prywatyzacji i jej konsekwencjami. Nad tym, kiedy, jak, które przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe należy dokapitalizować, w jakim zakresie, w jakiej kolejności, na jakich warunkach, którego z potencjalnych partnerów preferować, dlaczego, w jakim stopniu itp. Brak takiej refleksji i wynikających z niej wyraźnych dyrektyw rozwoju rynku, a więc i jednoznacznych kryteriów ocen sprawia, że alibi znajduje każde działanie, nawet jeśli w dalszej perspektywie okazuje się ono sprzeczne z interesem gospodarki. Wszystko to jednak nie oznacza, że nie można i nie należy mówić o wyraźnych, odrębnych interesach polskiego rynku ubezpieczeniowego Tak, by zgodnie z nimi budować strategię jego obrony i rozwoju.

Coś za coś

Każdy, kto uczestniczył w rozwoju polskiego rynku ubezpieczeń przez ostatnie dziesięć lat, miał aż nadto okazji, by ostatecznie wyleczyć się z liberalnej wiary w cudowną moc samoregulacji rynku. Przekonał się bowiem, że na ogół prowadzi ona do deregulacji, a w dalszej perspektywie, do degradacji rynku i - być może - nawet do monopolu.

Bez pewnego działania kontrolnego, regulacyjnego (reglamentacyjnego?) rynek ubezpieczeniowy nigdy nie powstanie w formie pożądanej z punktu widzenia gospodarki narodowej. Modelować go bowiem będą ci, których wyobrażenia o tym, jak powinien wyglądać polski dobry rynek, mogą być - siłą rzeczy - bardzo odległe od naszych wyobrażeń.

Bez jednoznacznie ukierunkowanych działań regulacyjnych i kontrolnych, nie wydaje się też realna symbioza czy choćby koegzystencja gigantów finansowych i małych rodzimych instytucji. Będą one prowadzić walkę konkurencyjną, której wynikiem może być jedynie widmo rynku węgierskiego, całkowicie opanowanego przez zachodnie firmy.

Czy zatem możliwe jest prywatyzowanie polskiego rynku ubezpieczeniowego w taki sposób, by efektywnie wspomagał wzrost gospodarki narodowej, a zarazem stawał się coraz bardziej atrakcyjny dla zagranicznych inwestorów? Jak uruchomić i skierować na polski rynek ubezpieczeń szeroki strumień zagranicznego kapitału, by zarazem ożywiał gospodarkę?

Jak się wydaje, jedynym sposobem są konsekwentne, systemowe działania regulacyjne, prowadzone w myśl zasady: im więcej wnosisz kapitału i przysparzasz pożytków rynkowi, przyczyniasz się do jego wzrostu, tym więcej korzyści możesz sam oczekiwać.


Romuald Holly

Autor jest profesorem SGH, WSUiB oraz WSEI, dyrektorem Krajowego Instytutu Ubezpieczeń. Na artykuł składają się fragmenty publikacji złożonej do druku w WSUiB w Warszawie. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

 

Kontakt

Krajowy Instytut Ubezpieczeń
- Insurance Institute in Poland
ul. Ksawerów 30 lok. 92
02-652 Warszawa
Tel.: +48 022 628 99 30
Fax: +48 022 628 99 31
e-mail:
wyślij wiadomość

więcej...

 


 

Wszelkie prawa zastrzeżone Krajowy Instytut Ubezpieczeń
realizacja: aktiz